Nie należę, proszy ja Was, do wielkich fanów futbolu czy jakiegokolwiek innego sportu zawodowego, wychodząc z założenia że piękno dyscyplin sportowych dostrzegalne może być wyłącznie z perspektywy owładniętego szałem zawodnika, zaś bierna partycypacja kanapowców/stadionowców to jak wizyta w podupadającym cyrku.
Skoro już jednak obraziłem, kogo należy, przejść można do meritum.
Mamy Mundial w Katarze.
Katar stanowi państwo, w
którym nagminnie łamane są prawa człowieka, w którym stadiony – na których będą
kopać dmuchany pęcherz zachodnie chłopczyki – wznoszone zostały niewolniczą
pracą.
Mają także wesołe prawo. Na stronie polskiego MSZ czytamy np.: „Utrzymywanie
seksualnych stosunków pozamałżeńskich jest w Katarze nielegalne i zagrożone
karą pozbawienia wolności do lat 7. Przepis ten stosuje się również wobec ofiar
gwałtu. Kobieta musi liczyć się z tym, że postępowanie – ze względu na
miejscowe uwarunkowania społeczne – może być prowadzone w sposób różniący się
od standardu europejskiego.”
Nie przeszkadzało to
jednak FIFA wybrać ten kraj na gospodarza. Oczywiście, można uznać, że piłka
nożna to nie polityka, a jedynie sport, a ten nie zna granic, dodając do tego
inne farmazony w stylu nie mieszajmy piłki i polityki.
Po mojemu to problem jest jednak głębszy. Widzę tutaj dwa istotne elementy.
Po pierwsze, piłka nożna
jest dziś rodzajem globalnej religii Zachodu, w której uczestniczenie daje nam
pewien walor państw/narodów cywilizowanych. Koszt uczestnictwa w jej praktykach
nie jest wygórowany, jeśli zestawić go z prestiżem z tegoż płynącym. Jedni w
tym celu kupują sobie klub Chelsea London, inni podejmując się organizacji
wydarzeń piłkarskich.
W Świecie Zachodu, będącego dystrybutorem prestiżu, dobrze być aktywistą sportowym. Kto dostąpi tego zaszczytu, jest już trochę nasz: biega, skacze, kopie piłkę, nosi spodnie z paskami i hahahaczyk na bluzie.
Dlaczego tak się dzieje? Czemu sport nie jest po prostu kolejną formą rozrywki w stylu jarania blantów i jeżdżenia na desce? Bo w założeniu podążać ma za nim pewna idea: fair play, współzawodnictwa, uczciwego mierzenia się ze słabością i jej przezwyciężenia.vMundial, Olimpiada itd. rości sobie pretensje, by być czymś więcej niż koncert Rammsteina. Chce być nośnikiem idei – uczciwego współzawodnictwa, pokoju, wolności, równości – czyli tego, co ceni sobie zachód.
Organizując Mundial Katar
korzysta z tej pozłotki.
Po drugie – o tym, kto
będzie gospodarzem Olimiady, Mundialu itd. nie decyduje się w drodze losowania.
Leży to w gestii MKOl albo FIFA (względnie innych podmiotów, które – niczym Kościół
Katolicki – uczyniły się monopolistami świeckich religii).
Patrząc z perspektywy
prawa międzynarodowego podmioty te stanowią tzw. non-state actors. Są graczami,
którzy formalnie nie sprawują żadnej władzy, faktycznie jednak podejmują decyzje
istotne dla społeczeństw (bo rzesze ludzi angażują się jednak w sport jako
widzowie). Przede wszystkim zaś destrybuują prestiż.
FIFA decyduje, kogo
wpuści do elitarnego klubu kapłanów sportu. W czyich świątyniach odbędą się obrzędy
– tak istotne dla mas. Kogo wykreuje na gwaranta fair play, współzawodnictwa itd.
To FIFA jest tu panem sytuacji, przyznającym uznanie świata.
Na prestiż, podobnie jak
na miłość, można zapracować lub spróbować go kupić.
Obierając pierwszą drogę
FIFA podjęłaby się roli odpowiedzialnego ojca futbolowej rodziny, stawiającego sensowne
warunki pretendentom do tytułu gospodarza Mundialu: np. przestrzeganie minimalnych
praw pracowniczych, praw człowieka, opisanych w konwencjach ONZ.
Dokładnie tak samo, jak się
to robi np. w przypadku dopingu.
Skoro bowiem Mundial jest
nośnikiem idei fair play, to wydaje się, że uczciwe reguły gry powinny
obowiązywać także poza boiskiem. Jak się organizuje festiwal trzeźwości, to się
go nie robi w gorzelni, pod patronatem Polmos Białystok.
FIFA mogłaby wysłać czytelny sygnał: "Kto się chce bawić w
tej piaskownicy, ten powinien nie być gnojem".
FIFA (ale też MKOl i reszta) obierają jednak inną drogę. Czynią siebie handlarzami
miłości, dyrektorami luksusowego domu publicznego, w którym prestiż, płynący z
goszczenia Mundialu, jest na sprzedaż. Każdy, kto zapłaci, będzie mógł pławić się
w pozłotce Zachodu.
Miejsce, jakie przypada w tej metaforze kibicom śledzącym rozgrywki, jest dość
oczywiste, choć niekoniecznie zaszczytne.
Z tego względu osobiście zalecam aktywne uczestnictwo w sporcie, tak, jak miało to miejsce w przypadku Marka Rentona i jego przyjaciół. Dajcie sobie spokój z Mundialem. Choose Life.
Komentarze
Prześlij komentarz