Dziś będzie wpis* zainspirowany ograną formą Q&A, w którym zadam sobie pytanie oraz na nie odpowiem. Pytanie brzmiało będzie: „Po jaki x. zajmujesz się dogmatyką prawa karnego i dlaczego w ogóle powinniśmy płacić ci za to piniondze?”.
By odpowiedzieć, zacznę od metafory. Nigdy za bardzo nie kupowałem tego
porównania, że prawo to jest sztuką, czymś w rodzaju muzyki czy malarstwa. W
mojej głowie prawo zawsze jawiło się jako zupełnie techniczne rozwiązanie,
próba ujęcia skomplikowanych stosunków społecznych w mechanizmy norm.
Dla mnie dobre prawo (przepis czy wyrok sądu) nie jest utworem Bacha, tylko należycie wykonanym krzesłem Thonet. Prawo pełni konkretną rolę i nie jest nią budzenie zachwytu, inspiracja, poruszenie serc. Jest nim utrzymanie społeczeństwa (obywatela, władzy) w ryzach. Tak, jak rolą krzesła jest to, żeby na nim mógł spocząć tyłek.
Podobnie jak krzesło, prawo może być ładne, brzydkie, niemożliwe do zastosowania, niewygodne, spróchniałe, zadające ból albo niosące śmierć. Dotyczy to także prawa karnego. Takie postrzeganie prawa pozwala uchwycić dwie rzeczy. Po pierwsze, prawo nie musi być ładne, by działało. Oczywiście, lepiej, jak jest ładne, to nie zagwarantuje, że będzie działać (że umożliwi np. redukowanie napięć społecznych w sposób należyty). Po drugie, że 90% twórców i użytkowników prawa to są rzemieślnicy i konsumenci – i to nie jest nic złego. Zakładanie, że jest inaczej, jest w najlepszym razie niebezpieczne i może prowadzić do słabych rezultatów.
Gdzie, jako dogmatyk/teoretyk prawa karnego, plasuję się w procesie tworzenia krzesła? Staram się projektować narzędzia. W tej układance „czyści” teoretycy prawa są trochę jak fizycy teoretyczni, z których osiągnięć korzystam, mając jednocześnie jakąś tam świadomość potrzeb odbiorcy (obywateli/sądów).
Tymi narzędziami, co je tworzę, mogą zestawy argumentacji, sformułowane na pewnym poziomie ogólności (np. wyjaśnienie, czemu za dopalacze nie można z automatu ładować 165, ale czasem można) albo metody wnioskowań (np. jak wywieść normy penalne dla przestępstw popełnianych za granicą).
Sposób postrzegania prawa jako rzemiosła w sposób fundamentalny rzutuje na kształt narzędzi, które staram się projektować. Moim zadaniem nie jest stworzenie najpiękniej grającej harfy świata, na której potrafiło będzie zagrać pięć osób, a jej dźwiękiem zachwyci się trzynaście. Ja mam stworzyć możliwe uniwersalne, niezawodne i proste w obsłudze narzędzie, które będzie miało szanse trafić na półki prawniczych supermarketów i zostać wykorzystane zarówno przez 90% rzemieślników, jak i 10% artystów. Takie narzędzie w rękach artysty jest w stanie kreować dzieło sztuki, zaś gdy sięgnie po nie partacz, to istnieje ryzyko, że pourywa komuś palce. Nie zmienia to faktu, że nadal jest skrojone przede wszystkim na potrzeby warsztatów świadczących usługi dla okolicznej ludności.
Kto w praktyce może skorzystać z tych narzędzi? Zarówno ci, co dostarczają półprodukty (politycy) jak i ci, co dokonują ich ostateczne obróbki (sądy). Żaden dogmatyk oczywiście ich nie zmusi do korzystania z narzędzia firmy X a nie Y. Nie ma to większego znaczenia, póki ktoś nie zaczyna wbijać gwoździ wiertarką (co tez się niestety zdarza).
To jednak nie jest pełen obraz. Tworząc narzędzia mam z tyłu głowy, że one będą wykorzystane w produkcji krzeseł, które trafią do gospodarstw domowy. Mają one pomóc stworzyć produkt (przepis, wyrok) który będzie w możliwie największym zakresie odpowiadał potrzebom konsumentów (obywateli). Moje narzędzie nie może być jedynie wygodne dla rzemieślnika, ale musi też minimalizować ryzyko pokrzywdzenia ostatecznego odbiorcy. Nie może być tak, żeby wiertarka znakomicie leżąca w ręce stolarza zostawiała w drewnie opiłki stali, które będą kłuły w tyłek.
Komfort pracy stolarza (tzw. dobro wymiaru sprawiedliwości) jest jakimś tam czynnikiem, ale nie jest czynnikiem decydującym, o którym myślę, produkując narzędzia. Ono musi ustąpić uzasadnionym potrzebom konsumentów.
Tutaj rysuje się fundamentalna różnica między takim np. Boschem czy Makitą, a dogmatykami prawa. Jak Bosch zrobi narzędzia, które kochają stolarze, bo są wygodne w pracy, ale przez nie finalny produkt jest do bani, to nikt takiego produktu nie kupi, a sami stolarze przestaną ich używać. W przypadku prawa finalny odbiorca nie jest pytany: „JAKI WYROK, WARIACIE?”, tylko dostaje to, co jest optymalne z perspektywy sądu. I tutaj powstaje ryzyko, że jak wymyślę narzędzie, które dobrze leży w łapie, ale tworzy krzesła kłujące w tyłek, to takie kłujące w dupę krzesła będą produkowane.
Obrazując przykładem prawniczym: stawiam dolary przeciwko orzechom, że gdybym dziś sklecił koślawą argumentację i ją gdzieś tam opublikował, że dla zastosowania aresztu to wystarcza zerknąć, czy ustawowe zagrożenie karą jest wysokie, a jak jest, to do paki, to wielu ancymonów by klepało te areszty, cytując te bzdury ochoczo w uzasadnieniach.
W pracy poruszam się więc między wiedzą abstrakcyjną, światem realnym, potrzebami społeczeństwa i wygodą rzemieślników, próbując tak to wszystko wymyślić, żeby narzędzie zadziałało, a nikomu nie stała się krzywda. Siedzę w swoim warsztacie, myślę, jak ma wyglądać kolejna nakładka na wiertarkę, projektuję ją, tworzę, wypuszczam na ryneczek prawniczej idei, a potem ktoś z tego skorzysta, albo nie.
No i za to właśnie rzucacie grosz dogmatykowi.
*Wpis stanowi wątek pożegnalny, opublikowany na darmowym portalu twitter, jako symbol ostatecznego zarzucenia dotychczasowej funkcji wojownika shitstormu.
No to jestem /306
OdpowiedzUsuń