Po ostatnich doniesieniach nt. treści podręcznika do HiTu stało się oczywiste, że edukacji milusińskich nie można pozostawić w rękach troglodytów. Z tego względem, wzorem wujka Testo, kilka słów ode mnie w kwestii fundamentalnej.
Wyobraźcie sobie, że żyjecie w Europie/USA roku 50, macie 12-14 lat. Pamiętacie, że wasi starzy doprowadzili ten świat na skraj zagłady. Nie przeszkadza im to jednak opowiadać o świecie zasad, każą wam się nie garbić, nosić ubrania pasujące do trumny i nie śmiać się za głośno. Macie w sobie poczucie, że z jednej strony zmuszają Was do tych wszystkich rytuałów, krępują na każdym kroku formalizmami. Wiecie też, że Wasi wierni ideałom posłuszeństwa rodzice ginęli na wojnie, szli jak w dym w to całe zamieszanie. Czujecie, że te wszystkie formalizmy Zachodu są g. warte. Krępują Was w codziennosci, ale nie chronią przed złem.
Poziom życia się podnosi, czas upływa, purytańskie zasady coraz bardziej was uwierają, bo są bez sensu (np. wobec powszechnej antykoncepcji). Kulturowy system zakazów i nakazów zatruwa wam smak życia, zaś czego nie zabrania wam prawo, tego wam zabrania przyzwoitość (rodziców). Drażnią więc Was rodzice, rząd (kręcący kolejne awanturę), drażnią was duchowni, którzy całkiem wygodnie rozgościli się w tym powojennym świecie i robią za sumienia narodu (wspierając przy tym aparat władzy).
Cała kultura wokół jest klatką.
Pewnego dnia widzicie w TV gościa, który gra na pianinie tak,jakby został podpięty pod 220V. Wyrzuca z siebie całą energie, złość. To wszystko, co wy musicie dusić w sobie cały ten czas, wsuwając posłusznie kotlety i surówkę, nie garbiąc się i nie śmiejąc zbyt głośno. Tym gościem jest Jerry Lee Lewis:
(W Polsce możecie zobaczyć, jak grają jazz – i to też jest dobry kawał kontrkultury, ale tak swoisty, że na innych wątek – albo poczytajcie biografie Komedy, co ją napisała Grzebałkowska.)
Niedlugo później na scenę wkracza Elvis. Kocie ruchy Króla przyprawiają dziewczęta o dreszcze, w chłopcach budzą podziw. W istocie Elvis stanowi jeszcze pomoc miedzy starym a nowym: żołnierz (w 1958 stacjonował we Frankfurcie) oddający ojczyźnie co od ojczyzny należało.Muzyka wyrąbała w rzeczywistości przestrzeń wolności, w której zaczęły kiełkowały idee. Idee, mające roznieść w driebiezgi stary ład,budowany tak pieczołowicie na autorytecie z nadania (ojca,kościoła,rządu itd.). Zaczął sypać się cały system władzy symbolicznej.
W podręczniku przeczytacie o tym pewnie mniej więcej tyle, że szatańsko głośna muzyka pomieszała młodym ludziom zmysły, a Bob Dylan bezpardonowo zaatakował system parlamentarny w USA, doprowadzając do upadku autorytetu rodziny.
Zaatakował mianowicie tak:
Żart takiej narracji polega na tym, że ten autorytet był już wtedy skompromitowany. Stanowił wydmuszkę, na której opierał się system społeczny, który tak bardzo uwierał. System, który nie zabezpieczał przed wojnami, przed szaleństwem władzy. Rock&roll nie był więc trucizną, która zniszczyła tamten wspaniały, zdrowy świat. Był skalpelem, który otworzył ropiejącą ranę. Umowna data rozpoczęcia operacji to rok 1968.
Potem było już z górki:ChuckBerry/Elvis/Dylan wyznaczyli kierunek, który zaprowadził owieczki do chaty z napisem komuna hipisowska. Tutaj weszło na pełnej wszystko to,co miało szanse na serio wywalić ten świat zbity na pysk: alienacja od społeczeństwa, psychodeliki, wolna miłość. To czas Joplin, Doors, Hendrixa, Beatlesów (późnych). To czas LSD, grzybów, trawy, kwiatów we włosach, miłości, śmierci z przedawkowania i złamanych żyć i rozbitych rodzin. Czas EasyRidera, Kowalskiego, czas nagich dziewcząt i chłopców.
Czas, w którym grało się najpiękniej:
Problem spotkania nowego i starego świata jest zagadnieniem poruszanym np. w „Odlocie” Milosza Formana:
I tak ruch hipisowski powoli przekształcił się w karawanę gwiazd estrady, grających przydługie solówki za duże pieniądze, głosząca ideały wolności za hajsiwo, które napełniało kieszenie dużych wytwórni. Smutny kierunek, jeśli spojrzeć na początkowe założenia.
Na szczęście w 1967 pojawił się pan Igi Pop i jego The Stooges. Wczesniej byli np. The Velvet Underground. Do tego wspaniała Patti Smith. Cała ta zbieranina wykopała zgnuśniałych hipisow ze sceny, wciągając baner z hasłem: „FCK THE SYSTEM”. Pan Iggy Pop śpiewał m.in. tak:
A pani Patti Smith tak:
W ten sposób, moi Mili, narodził się punkrock, moje ukochane dziecko kontrkultury.
Tu była czas Mechanicznej Pomarańczy:
W przeciwieństwie do hipisów, punkowcy przyjmowali raczej hobbesowską wizje świata: pierwotny stan to walka wszystkich ze wszystkimi, a nie oaza pokoju i wolnej miłości.
Byli tez zaangażowani społecznie. Zdawali sobie sprawę, że zmiana świata nie dokona się za sprawą siedzenia w leśnej komunie i palenia blantów. Bunt punkowców był jednocześnie antyrządowy i antykapitalistyczny.
Sztuka bazowała na założenia DIY, miała być maksymalnie prosta, dosadna. W Polsce przełożyło się to na hasło: trzy akordy, darcie mordy.
Punk nie był też zjawiskiem jednorodnym. Amerykański wariant, stawiający w centrum prowokacje seksualne i wyzwolenie spod buta kapitału/imperializmu („Holidays in Kambodia”), w przypadku UK przybrał o wiele bardziej robotniczy/ludowy sznyt.
Punk brytyjski był o wiele mocniej zaangażowany politycznie, mocne były w nim wątki socjalne, kwestia bezrobocia itd. Pokazuje to np. film dokumentalny „Punk in London” - https://www.imdb.com/title/tt0079763/
Punk w UK kojarzy się oczywiście z Sex Pistols (którzy sami stanowili jednak przede wszystkim produkt McLarena – patrz cytat na moim podpiętym twittcie). O wiele ciekawszą formacją jest tutaj The Clash, zanotujcie sobie dzieciaczki te nazwę i zapoznajcie się z całą dyskografią.
I obejrzyjcie film „Joe Strummer: Niepisana przyszłość”: https://www.filmweb.pl/film/Joe+Strummer%3A+Niepisana+przysz%C5%82o%C5%9B%C4%87-2007-337364
Z kolei punk bloku wschodniego zagadnienia dominacji kapitału nie poruszał w ogóle, bo kapitału tam za psi ch. nie było. Polska Siekiera, Dezerter, rosyjska Grażdanskaja Obrona – wszystkie te formacje były głosem buntu przeciwko reżimowy, zwielokrotnionym krzykiem ACAB.
Np. takim:
Bez względu na szerokość geograficzną punkowcom chodziło bardziej o zmianę świata, niż o alienację. O przełamanie siły tych, którzy są u władzy, a którzy – ich zdaniem – z tej władzy korzystali w sposób nieodpowiedni. Kiedy hipisi szukali oazy spokoju i miłości na leśnych pustkowiach, punkowcy wbiegali do gmachów parlamentu, żeby napluć politykom w twarz. Odmienność podejść widoczna jest też w samym celebrowaniu muzyki.
Przez hipisów:
I przez punkowców:
Oczywiście, problem z punkowcami polegał na tym, że jak na prawdziwych rewolucjonistów przystało, całkiem dobrze ich szło rozp####nie wszystkiego w perzynę, ale budować już nie za bardzo było komu. Z czasem ruch punkowy przygasł (PUNXNOTDEAD!), z podobnych powodów, jak ruch hipi.
Za ilustracje niech posłuży wypowiedź Johnny’ego Rottena, narzekającego na trudne sąsiedztwo bezdomnych w dzielnicy willowej, która raczy obecnie zamieszkiwać:
https://twitter.com/Newsweek/status/1119617970735472642?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1119617970735472642%7Ctwgr%5E85f4dd75d364362f017d706329669e2e7b71eb69%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fthreadreaderapp.com%2Fthread%2F1540614265857622017.htm%3Ffbclid%3DIwAR1A7rLMlbCmI29feMWok8UL91VgXYHSLVzwqvqWwuTokAsZ4KieixIiuho
Pismo nosem czuł Joe Strummer z The Clash, który już końcem lat 80. wieszczył, że nadchodzi czas techno-rave. Czas muzyki elektronicznej 200bpm, czas amfetaminy i zejścia do enklaw, odcięcia się problemów społecznych. Na tapet wróciło hipisowskie: „dajcie nam świety spokój”. Najbardziej znany przedstawiciel gatunku, formacja The Prodigy, nagrała bodaj jeden tylko utwór zaangażowany politycznie- „Their Law”:
Jego tekst jest lapidarny, a ogranicza się właściwie do frazy: „Fuck 'em and their law”. Historia powstania utworu sama w sobie jest tematem na wątek.
Make long story short: Prodigy nagrali go w odpowiedzi na wprowadzenie The Criminal Justice and Public Order Act 1994, zawierające definicje zakazanej muzyki: „characterised by the emission of a succession of repetitive beats” (więcej tutaj: https://www.vice.com/en/article/vd8gbj/anti-rave-act-protests-20th-anniversary-204 )
O trudnej relacji ravu i państwa brytyjskiego traktuje też znakomity film „Beats”, zapraszam na trailer:
Oczywiście, to wszystko nie szło liniowo, w nurcie rocka nastała era grunge, początek lat 90. należał tu do Nirvany, która – w mojej ocenie – była jedna z ostatnich formacji, którą kochały wytwórnie, a jednocześnie nie przestawała nieść ważkiego przekazu.
Np. tu:
A potem wjechał hip hop: WuTangClan, w Polsce PFK, Kaliber44, KNŻ (jako mariaż punka z rapem), Miłość (jako mariaż punka z jazzem) – historia już chyba lepiej znana, bo dziś mamy bezpośrednią tego kontynuacje (Miłość to jest w ogóle majstersztyk, perła kultury polskiej, powinni dostać jakiś medal czy pomnik; obowiązkowo proszę przesłuchać to:
oraz obejrzeć film „Miłość” – tu trailer:
Opisane pokrótce nurty wracają, ulegają modyfikacjom – jak zawsze w przypadku kultury: Zdechły Osa, Rat Kru, MopS, Asthma – to wszystko są wnuki Rewolucji ’68. Sens ich aktywności wykracza daleko poza sale koncertowe. Bo – i tu przechodzi do pointy – cała ta zbieranina wariatów dążyła w istocie do jednego celu: chciała zaczerpnąć nieco powietrza, będąc pasażerem szczelnie zamkniętego autobusu, zwanego społeczeństwem. Jedni w tym celu wysiadali, inni rozbijali szyby od środka.
Osobiście kibicuję tej idei z całych sił, ze świadomością, że to nieustanne balansowanie miedzy wolnością, a rozwolnieniem - gotów jednak podjąć to ryzyko.


Komentarze
Prześlij komentarz